Skip to content

Włochy: Rzym. Miasto, które wzywa

Stolica Włoch zdecydowanie nie nadaje się na weekendowy wypad. Roma uzależnia i nawet jeśli nie wrzucicie pieniążka do Fontanny di Trevi, to bądźcie pewni – wrócicie tu. Na dłużej. A potem na jeszcze dłużej. Bo Rzym już Wami zawładnął.

Legenda
Caput mundi. Wieczne Miasto. Koloseum, Watykan, muzea, cesarstwo, papiestwo, kawa, skórzane torebki, mewy, fałszywi artyści, skutery, autobusy, trolejbusy, tramwaje, nurt Tybru, pięknie zdobione drzwi kamienic, toasty, dźwięk stukających się kieliszków, platany, pinie, śmiech, brukowane uliczki, starożytne trakty, bolące stopy, bezlitosne słońce, fontanny, filmy, światowe sławy, ulewy, strajki, palmy, pałace, korki, mnóstwo korków, nieporęczne i dziwaczne bilety, stare wagoniki metra, kościoły, dużo kościołów, nowoczesne wagoniki metra, obrusy w kratkę, pizza, studenci, jeszcze więcej korków. No i ludzie. Multum ludzi. Ludzi więcej niż korków. I najpiękniejsze zachody słońca. Jednym słowem? Rzym.

trevi-fountain-objazdowi

2009
Ląduję w Rzymie przejazdem. Właściwie to przyjeżdżam tu autokarem, zatrwożona, z milionem walizek, laptopem, w którym z namaszczeniem przewożę niedokończoną pracę magisterską (będę musiała wrócić do kraju, by ją obronić) i całą armią produktów chemicznych, bo słyszałam, że we Włoszech wszystko jest drogie, a już zwłaszcza chemia. Pierwsze wspomnienia Wiecznego Miasta to metro, coś w rodzaju gumowanego linoleum na podłodze, ja w roli wielbłąda, niebieska linia podziemnej kolejki, przesiadka na stacji Termini i długa jazda na końcową stację Anagnina, gdzie rozpoczyna się ostatni etap podróży. W zasadzie nie wyszłam nawet na powierzchnię, czuję jednak, że nade mną wznoszą się wieki. Przebiega mnie prawdziwy dreszczyk emocji, będę odkrywcą. Mijamy kolejne przystanki, a w uszach brzmią zupełnie obce nazwy, które z czasem nabiorą nowego znaczenia. Ale w tej chwili tego jeszcze nie wiem. Przyjechałam do Italii na rok w ramach programu Comenius. Okazało się, że zostałam tam w sumie trzy lata.

italy-objazdowi

Patrząc wstecz
Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek zwiążę swoje życie zawodowe z Rzymem, a los chciał, że akurat tak się złożyło. Z turystki, zafascynowanej barwami, zapachami, kształtami i smakami, przeobraziłam się w posłuszną owieczkę czekającą na najbliższy pociąg metra, by rano razem z setkami, tysiącami innych osób jechać do pracy, a o zmierzchu – wrócić do domu. Nie dziwi więc, że podtrzymująca funkcje życiowe i relacje społeczne kawa to dla Włochów – owszem – rytuał, ale któremu oddają się na stojąco, między jedną sprawą a drugą, w drodze do lub drodze z, przy barze lub wystawionym stoliku sięgającym niemalże pod pachy. Na śniadanie słodka bułeczka, nawet nie z ciasta drożdżowego, tylko francuskiego lub półfrancuskiego, albo wręcz kruche cookie z marmoladą. Najpierw trudno przyzwyczaić się, że dzień pracy rozbity jest jakąś sjestą, ale kiedy przychodzi lato, rozumiesz, że jest ona darem niebios. Wtedy możesz iść spokojnie, choć z nurtem zaaferowanych Amerykanów, Japończyków, Polaków, Francuzów [wstaw dowolną nację]. Podążacie w tym samym kierunku – na plac św. Piotra. Z tym że ty idziesz zjeść lunch. Podczas gdy w cieniu kolumnady Berniniego przegryzasz kanapkę z szynką i jabłko, które nigdy nie smakowały lepiej, oni – zanurzeni w błogim chłodzie Bazyliki – kontemplują skarby Watykanu, klękają przed odpowiednim grobem i koniecznie robią zdjęcia Piety. Ty obserwujesz mróweczki – w kapeluszach, chustach, sandałach, adidasach, z dziećmi, pary, grupy, przewodnicy, księża w sutannach, patrole policji. Pstryk. Tylko dwa kolory – bezlitosny błękit nieba i piaskowa biel świątyni. Powrót do biura jest niemal jak przebudzenie ze snu. Ale klimatyzacja jest błogosławieństwem. Mijają cztery godziny, koniec, można wracać. Za oknem słońce chyli się ku zachodowi, ustępuje miejsca kojącemu cieniowi, którego nie trzeba już frenetycznie szukać – teraz sam wychodzi wszystkim na spotkanie. Kramiki powoli się zamykają, tylko woda z ulicznych fontann-źródełek płynie bez ustanku, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, a niemal przed każdą zawsze stoi kilkuosobowa kolejka. Nieocenione dobro Rzymu – woda. Podróż metrem w godzinach szczytu wymaga od człowieka heroizmu (ze względu na liczbę pasażerów) i daleko posuniętej ostrożności (z uwagi na przebierańców w łachmanach). I zawsze to samo pytanie – jak to możliwe, że w cywilizowanym kraju na najbardziej obciążonej linii metra pociągi w godzinach szczytu kursują co osiem minut? È un mistero, ma non della fede. Kto nie wraca do domu na kolację, wybiera się na nią do restauracji, ale zawsze pamięta o tym, by zarezerwować miejsce. W przeciwnym razie… zamiast kolacji ma kolejkę albo udaje się na pielgrzymkę poszukiwawczą. Może znajdzie przyjazny port.

Watykan-objazdowi

vatican-objazdowi

Rzym jest kobietą
Polski, męski Rzym nie oddaje subtelności i ulotnego piękna, jakimi czaruje nas kolorowa Roma. Ale to kobieta o przeróżnych twarzach. Radosna i figlarna o poranku, budzi się w dobrym humorze. Wraz z nadejściem południa staje się trudna do zniesienia, zwalnia swój życiowy rytm, popołudniami jest zamyślona, a wieczorami – kojąca. Jest i nowoczesna, i wyjątkowo staromodna. Oglądana z samolotu lub któregoś z miasteczek leżących na południowy wschód, jak choćby Frascati, wprost zatrważa pięknem milionów migoczących świateł. Przyciąga. Fascynuje. Wzywa. Najlepiej odkrywać ją, spacerując, ale trzeba przygotować się na naprawdę spore wyzwanie i mieć dobre buty. Wystarczy zejść z utartych szlaków, by przekonać się, że Rzym jest też miastem, gdzie pracuje się, uczy, załatwia sprawy w urzędach, strajkuje. Życie toczy się swoim rytmem. Turyści przychodzą i odchodzą, jak kolejne pokolenia, a ona trwa. Roma. Caput mundi. Caput cordis.

[Ela]

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Shares

Zapisz się do newslettera i otrzymuj najświeższe informacje o wpisach

FreshMail.pl